Kiedy leżę na zielonej trawie,
Czuję się prawie jak w nirwanie,
Patrzę w jasne niebo na obłoki,
I podziwiam przedziwne widoki.
Oto słoń prawdziwy z trąbą,
Z dużymi uszami i wielką torbą,
Torba chyba pełna cukierków,
Ileż będzie po nich papierków!
A tam wieloryb ogromny płynie,
Rozmiarami swoimi słusznie słynie,
O, proszę, jak słonko sobą przysłonił,
Płyń, wielorybie, byś mnie nie zmoczył!
A czyj to kapelusz po niebie leci?
Może na wiwat podrzuciły dzieci?
Kapelusz skorzystał z takiej okazji
I wybrał się niebem w podróż do Azji.
Teraz już widzę bardzo wyraźnie,
To miś rozpostarł objęcia przyjaźnie,
Biały, puszysty, mięciutki i lekki,
Przy takim znikają wszystkie lęki.
Czy to jest indyk? Nie, raczej kura,
Bo w ogonie indyka zrobiła się dziura,
I tak się jakoś przekształciła chmura,
Że teraz kura dziobie ziarno... z kaptura!
Szkoda, że przerwa już się skończyła,
Sprawy naglą bym do realności wróciła,
Do zobaczenia, moje miłe stwory!
Spotkamy się jeszcze, jak Bóg pozwoli.


Bonanza



